Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/invidiam.ten-koszula.jaworzno.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
- Tak.

Doszedł do wniosku, że chyba musiał się przesłyszeć. Jak mogłaby się w nim zakochać? Po pierwsze, znali się zbyt krótko, po drugie, to mogło ją zbyt drogo kosztować. Wiedziała o tym. Jego rodzina siała zniszczenie i śmierć. Każdy związek kończył się tragicznie.

- Tak.

Andre wycofał się dyskretnie, zostawiając ich samych.
A nawet jeśli, to co z tego? Przecież wcale jej to nie obchodzi. Nic a nic.
Wracam do domu.
- Tak, ale... - Mark zmarszczył brwi, lecz Tammy nie zauważyła tego, zajęta huśtaniem Henry'ego na kolanach. Od rana uśmiechnął się aż dwa razy, teraz pracowała nad trzecim uśmiechem chłopca. - Zrozum, nie możesz wystą¬pić w dżinsach podczas uroczystej kolacji. Mamy taki zwy¬czaj, że codziennie...
Rak prostaty - powiedział. - Niech cię diabli, Rudy. - Huff wypuścił powietrze z płuc z głośnym sykiem i machnął ręką, jakby lekceważąc problem. - Przez chwilę dałem się nabrać. Przestraszyłeś mnie nie na żarty. W dzisiejszych czasach to jeszcze nie wyrok śmierci. Mogą cię rozkroić, wyjąć... - Obawiam się, że nie, Huff. Nie wykryto go we właściwym czasie i zdążył się rozprzestrzenić na gruczoły limfatyczne. Teraz jest już właściwie wszędzie. - Chemioterapia? Naświetlania? - Nie chcę przez to przechodzić. W najlepszym przypadku zyskałbym jedynie kilka dodatkowych miesięcy i przez resztę czasu, jaki mi został, czułbym się jak kupa gówna. - Cholera, Rudy, strasznie mi przykro. - Och, cóż, w końcu każdego coś dopada, jak nie jedno, to drugie - rzekł filozoficznie szeryf, odstawiając pustą szklankę na stoliku do kawy. - Prawda jest taka, Huff, że jestem już zmęczony. Kompletnie wyczerpany. Nie zamierzam walczyć z Wayne'em Scottem. To uczciwy facet, próbuje wykonywać robotę, za którą mu płacą. Ja jestem starym draniem, tak jak ty - gestem powstrzymał protesty Huffa. - Nie próbuj udawać, Huff. Nasz układ - nieważne, jak będziemy go przedstawiać - jest paskudny. Postąpiłem nieuczciwie więcej razy, niż chce mi się liczyć. Nie mogę zmienić przeszłości, ale teraz Chris znów wpakował się w kłopoty, a ja nie mam ani siły, ani czasu, żeby wyciągać go z tego bagna. Niezła przemowa, zwłaszcza z ust milczka, jakim był Rudy Harper, A znaczenie jego słów było jednoznaczne. - Kiedy zamierzasz odejść z pracy? - spytał Huff. - Mniej więcej za miesiąc. - Tak szybko? - Chciałbym spędzić trochę czasu z rodziną, zanim zacznie się najgorsze. - To zrozumiałe, Rudy, ale twoja rezygnacja przychodzi w najmniej odpowiednim momencie. - Nic na to nie poradzę. Ta sprawa z Chrisem może się ciągnąć miesiącami. - „Ta sprawa z Chrisem" - powtórzył gniewnie Huff. - Chris nie jest chłopaczkiem z chóru kościelnego! Do diabła, gdyby nim był, nie miałbym z niego żadnego użytku. To prawda, że ma na sumieniu więcej, niż powinien, i sam pierwszy by to przyznał. - Huff pochylił się ku swojemu rozmówcy. - Ale nie zabił własnego brata. Rudy Harper milczał długo, zanim odpowiedział: - Ja też tak myślę. - Chris uważa, że ktoś go wrabia. - Beck wspominał mi o tym. Czy mówił poważnie o Klapsie Watkinsie? - Jeszcze jak. - Huff podzielił się z szeryfem wnioskami z wcześniejszej dyskusji z Beckiem i najstarszym synem. - Nie mam pojęcia, czy ten kretyn Watkins potrafiłby zaplanować i wprowadzić w czyn gotowanie zupy gumbo, nie mówiąc o próbach wrobienia kogoś w morderstwo, ale zgodzisz się, że jest to rzecz warta przemyślenia. - Spojrzenie Huffa mówiło szeryfowi, że nie może zaoponować. - Watkins jest kryminalistą z trzyletnią odsiadką na karku - ciągnął, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości. - Szczerze wątpię, że cały ten czas spędził na rehabilitacji. Założę się, Rudy, jeśli dobrze się przyjrzysz, zobaczysz, że łamie przepisy na prawo i lewo, a jednym z przestępstw, które ostatnio popełnił, mogło być zabójstwo Danny'ego, z zemsty albo ze zwykłej podłości. Huff zawsze osiągał swój cel bez potrzeby bezpośredniego wydania polecenia. Szeryf Harper zrozumiał przekaz jasno i wyraźnie. Pokiwał głową z ociąganiem. - Przesłucham go - rzekł krótko.
- Nie mogę uwierzyć, że wciąż tu jest - przesunęła dłonią po szorstkim sznurze, - To twoja huśtawka? - Beck stanął po drugiej stronie. - Stary Mitchell... nigdy nie znałam jego prawdziwego nazwiska... był naszym ogrodnikiem. Zrobił ją dla mnie. Powiedział, że liny pochodzą ze statku widma, który zatonął u wybrzeży parafii Terrebonne. Należał do piratów i pokonał go najgorszy z huraganów w historii. Nikt nie przeżył sztormu, ale duchy piratów tak bardzo lubiły starą dobrą Luizjanę, że wolały zostać w okolicach, zamiast pójść do nieba. Zresztą nie dochrapałyby się zapewne tam zbyt dobrej pozycji ze względu na złe uczynki za życia. Tak mówił stary Mitchell. Dlatego piraci głosowali za po-zostaniem tutaj i raz w miesiącu, podczas pełni księżyca pojawiają się, aby handlować z każdym śmiałkiem, który nie boi się ich widoku. - A stary Mitchell był jednym z tych śmiałków? - Jasne. Za pintę rumu dostał złotą bransoletę, którą przetopił na koronki - roześmiała się. - Zazdrościłam mu złotych zębów i sama chciałam takie mieć. Dostałam ataku wściekłości, ponieważ Huff i Chris wyśmiali mnie, kiedy ich zażądałam. A matka się wręcz zaniepokoiła. - Na szczęście nie pozwolili ci dopiąć swego. - Na szczęście. W każdym razie stary Mitchell w zamian za rum dostał bransoletę i zwój liny. Opowiadał mi, że gdy kapitan, najgroźniejszy ze wszystkich piratów, dowiedział się, iż lina jest przeznaczona na huśtawkę dla panienki Sayre, dorzucił jeszcze kawałek deski z pokładu, na siedzisko. - Lekko popchnęła huśtawkę. - Piękna historyjka. - Wierzyłam w każde słowo Mitchella, podobnie jak w jego magiczne zdolności. Powiedział, że nauczył się czarów od jednookiej szamanki wudu, która mieszkała na bagnach w towarzystwie pantery. Na szyi nosił skórzany mieszek z amuletem gris-gris. Nigdy nie chciał mi go pokazać, a Selma groziła, że jeśli kiedykolwiek to zrobi, zbije go do nieprzytomności. Złościł się na mnie, kiedy nachodziłam go podczas połowu. Mówił, żebym była cicho, bo wystraszę ryby. Raz przyłapał mnie na tym drzewie - kiwnęła w stronę jednego z dębów. - Kazał mi zejść na dół, zanim spadnę, złamię kark i resztę moich dni spędzę na wózku inwalidzkim. Pomimo tego, że na mnie krzyczał, uważałam go za mojego najlepszego przyjaciela. Przerażał mamę i denerwował Selmę. Czasem po skończeniu pracy pozwalał mi przejechać się na taczce, którą pchał do szopy. To dziwne - rzuciła z nagłym zastanowieniem. - Nie widziałam starego Mitchella na pogrzebie. Myślałam, że się tam pojawi. - Siadaj, popchnę cię. Propozycja Becka Merchanta wybiła ją z nostalgii. Poczuła się głupio, że pozwoliła sobie na tę chwilę słabości. - Nie, dziękuję. - W porządku, zatem ty popchnij mnie. - Usiadł na huśtawce i chwycił za liny. Uśmiechnął się do niej, mrużąc oczy w słońcu. Sayre zauważyła, że miał jasnozielone tęczówki. Jego oczy były nie tylko ładne, skrzyły się też inteligencją i intuicją. Nie wiedziała, która z tych cech denerwuje ją najbardziej. Ignorując jego propozycję, przeszła obok huśtawki, kierując się ku rzece, która z wolna, acz nieustępliwie płynęła w kierunku Zatoki Meksykańskiej. Kapryśny strumień pachniał słonawą wodą. Z przeciwnego brzegu wzbił się pelikan, odlatując z niezgrabnym łopotem skrzydeł. Lekki wiatr poruszał gałęziami cyprysów i targał od czasu do czasu brodami hiszpańskiego mchu. Nie był jednak na tyle silny, aby poruszyć listowiem dębów. Obcasy zapadały się w podsiąkniętej wodą ziemi, więc Sayre zdjęła buty. Wilgotna ziemia przyjemnie chłodziła jej bose stopy. Gdyby nie towarzystwo, niechybnie by się położyła.
było mu w smak użeranie się z Sayre. Beck ze swej strony cieszył się z nieoczekiwanego spotkania. Hoyle Enterprises zatrudniało niemal sześciuset pracowników, lecz zaledwie kilkadziesiąt kobiet. Pracowały w przylegających do fabryki budynkach administracyjnych. Wyłączając sekretarkę Huffa, Sally, hala produkcyjna była domeną mężczyzn. Przychodząc do pracy, robotnicy odbijali karty w miejscu, które nazywali Centralą. Był to szpetny pokój o rozmiarach auli, z betonową podłogą i sufitem pokrytym siecią przewodów wentylacyjnych, okablowania i rur dostarczających wodę. Połowę całego pomieszczenia zajmowały rzędy zielonych metalowych, zamkniętych na kłódki szafek. Robotnicy trzymali w nich swoje kaski, okulary ochronne, rękawice, pudełka z drugim śniadaniem i rzeczy osobiste. Znaki umieszczone na ścianach ostrzegały, że Hoyle Enterprises nie ponosi odpowiedzialności za kradzież albo utratę własności pracowników. Były to nader częste przypadki, zwłaszcza że firma zatrudniała przestępców lub skazańców na zwolnieniu warunkowym, pragnących znaleźć zajęcie, które zadowoliłoby ich kuratorów. Za rzędami szafek znajdowały się łazienki, z wyposażeniem, które pamiętało początki tej fabryki i takoż wyglądało. W pozostałej części sali, stanowiącej coś w rodzaju stołówki, stały rozmaite stoły i krzesła z chromowanymi nogami. Pod jedną ze ścian ustawiono automaty do sprzedaży napojów, jedzenia i papierosów oraz mikrofalówki upstrzone zastarzałymi okruchami z dziesięciu tysięcy odgrzewanych posiłków. Za przenośnymi ściankami działowymi znajdował się punkt pierwszej pomocy. Nie było tam żadnego personelu medycznego, tak więc człowiek, który uległ wypadkowi, musiał sam się opatrzyć, mając do dyspozycji limitowany zestaw bandaży i leków. To właśnie w Centrali utrudzeni robotnicy odpoczywali, wymieniając się żartami, rozmawiając o sporcie i kobietach. W tej chwili około pięćdziesięciu ludzi miało tam poranną przerwę. Niewielu z nich znalazło się kiedykolwiek przedtem w pobliżu kobiety pokroju Sayre Lynch i nawet nagłe pojawienie się jednorożca nie wprawiłoby ich w większe zdumienie niż jej widok. Gdy Beck wkroczył do pomieszczenia, Sayre próbowała właśnie nawiązać rozmowę z pięcioosobową grupką pracowników siedzących przy jednym ze stołów, najwyraźniej z niewielkim sukcesem. Pomimo że miała na sobie dżinsy i zwykly bawełniany podkoszulek, zupełnie nie pasowała do otoczenia. Mężczyźni siedzieli z pochylonymi głowami i odpowiadali na jej pytania monosylabami rzucając od czasu do czasu ukradkowe spojrzenia to na nią, to na kolegów. Wyraźnie byli bardzo zaskoczeni obecnością Sayre w Centrali i jeszcze bardziej nieufni wobec jej nagłej chęci do rozmowy. Beck podszedł bliżej, zmuszając się do serdecznego uśmiechu. - Cóż za niespodziewana przyjemność - powiedział na użytek słuchaczy. Jej uśmiech był równie fałszywy jak jego. - Cieszę się, że pan tu jest, panie Merchant. Może wytłumaczy pan temu dżentelmenowi, że potrzebuję kasku do zwiedzania odlewni. Dżentelmenem był strażnik, który pilnował wejścia dla pracowników. Stał w pewnej odległości, jakby bojąc się podejść do Sayre. Teraz zbliżył się pospiesznie. Twarz miał pokrytą nerwowym potem. - Panie Merchant, nie wiedziałem, czy powinienem... - zaczął. - Dziękuję. Zachowałeś się zgodnie z przepisami. Zaopiekuję się panią Lynch. - Beck chwycił Sayre pod łokieć tak, że nie mogła się opierać i skierował ją w stronę wyjścia. - Proszę za mną,
- Całkiem możliwe. Widziałem twoją siostrę tylko raz, na jej ślubie i chociaż wyglądała po królewsku, zrobiła na mnie wrażenie osoby słabej i uległej, którą łatwo kierować.
Chwilowo nie miał szans utargować nic więcej, więc przystał na propozycję.
- Kim są ci ludzie? - spytała Sayre, przekrzykując hałas. - Psy Huffa Hoyle'a - odkrzyknął nieznajomy. Clark spisał nazwiska napastników. Należeli do nich prawdopodobnie mężczyźni, którzy kryli się teraz za kontenerem na śmieci, wraz z Chrisem, Beckiem i Fredem. Jeden z nich wyrwał Chrisowi megafon i wrzasnął: - Ta suka kłamie! Sayre ponownie ruszyła przez tłum w kierunku Luce, która powtórnie odczytywała listę. Wcześniej niezdecydowani robotnicy zaczęli teraz dołączać do demonstrantów. Tłum protestujących zaczął rosnąć, przekształcać się żyjącą własnym życiem masę, która utrudniała Sayre dalszą wędrówkę. Grupki wściekłych protestantów napierały na nią ze wszystkich stron. Nagle usłyszała, że ktoś krzyczy: - Ty też dostaniesz za swoje, Merchant! Wspinając się na palce, zobaczyła Becka, zbliżającego się do ogrodzenia z łańcucha, które stanowiło linię demarkacyjną pomiędzy dwoma wrogimi obozami. Zmierzał w kierunku Luce, która celowo monotonnym głosem kontynuowała czytanie na glos. Kiedy Beck dotarł do pierwszej linii demonstrantów, zatrzymał się i spojrzał prosto w oczy mężczyznom, którzy uformowali żywą barykadę. Krzyki nagle zastąpiła pełna napięcia cisza, która dzwoniła w uszach. Beck nie cofnął się ani na krok. Stopniowo tłum zaczął się przed nim rozstępować. Niektórzy odsuwali się na bok mniej chętnie niż inni, ale jednak utworzyli przejście dla Becka. W ten sposób przedostał się przez zbiegowisko ku Luce Daly. Gdy się zbliżył, kobieta opuściła mikrofon i spojrzała na niego z nieskrywaną wrogością. - Rozumiem pani oburzenie - Beck mówił cicho, ale jego słowa niosły się daleko w ciężkim, wilgotnym powietrzu ponad milczącym tłumem. - Jeżeli Clark zidentyfikował mężczyzn, którzy zaatakowali go wczoraj w nocy, poniosą odpowiedzialność za swój czyn i zostaną postawieni przed sądem. - Dlaczego miałabym ci wierzyć? - spytała. - Daję pani moje słowo honoru. - Twoje słowo honoru jest gówno warte! - krzyknął ktoś z tłumu. Zachęceni, ludzie zaczęli wrzeszczeć: - Jesteś dziwką Huffa Hoyle'a! - Tak jest! Huff mówi, żebyś się schylił, a ty pytasz, jak nisko! Do pierwszych śmiałków dołączyli inni, aż wyzwiska zlały się w hałas. Przekaz jednak był wyraźny; ludzie pogardzali Beckiem bardziej niż reprezentowanym przez niego wrogiem. Merchant zwrócił się w kierunku tłumu, pragnąc odpowiedzieć, ale zanim otworzył usta, ktoś trafił go w twarz kamieniem. Potem jakiś mężczyzna stojący za plecami Becka skoczył na niego i wykręcił mu ręce do tyłu. Inny uderzył Merchanta w brzuch. Sayre wiedziała, że pomoc może nadejść tylko z jednego źródła. Spojrzała w kierunku kontenera na śmieci i zobaczyła, że Chris i towarzyszący mu mężczyźni wychynęli zza swojej osłony. - Chris! - krzyknęła, mimo, że brat nie mógł jej usłyszeć. Zaczęła wykrzykiwać jego imię raz po raz, machając rękoma nad głową. Zobaczyła, że Fred Decluette rusza w kierunku tłumu, gotowy przyjść na ratunek Beckowi. Powstrzymał go jednak Chris, chwyciwszy Freda za ramię. Potrząsnął głową i coś powiedział. Fred spojrzał z obawą w stronę, gdzie gniewny tłum otoczył Becka, potem jednak niechętnie się wycofał, zajmując miejsce u boku Chrisa. Przeklinając w duchu brata, Sayre rzuciła się przed siebie, odpychając stojących jej na drodze ludzi. Wokół mężczyzn, którzy obalili Becka na ziemię, utworzył się krąg kibiców. Napastnicy
- Mały Książę uśmiechnął się ciepło do Róży i leciutko pocałował ją na powitanie.
- Co?
- Jak mam odeprzeć twoje zarzuty, jeśli nie wiem do¬kładnie, na jakiej podstawie oskarżasz moją rodzinę o spo¬wodowanie śmierci Lary? - naciskał.
Korytarzem przechodziła akurat jakaś para w średnim wieku. Nieznajomi przystanęli, zaniepokojeni.

- To dobrze - rzekł Duży Jim.

umieć tak się poruszać.
- Dobrze. Jeszcze raz dziękuję.
- Jasne - odparł z szerokim uśmiechem Duży Jim. - Dzięki.
- Dziękuję, Jorge.
Podszedł do ganku. Przywitał się z Cindy, całując
się, że okolica przypomina jej Joego, że może
- Rzeczywiście, nie mam rękawiczek - zgodził
rano rozmawiają o tym w pracy.
Bryan przypomniał sobie, skąd zna tę kobietę. Myra Peterson, matka
powiedzieć. Po prostu czasami lubiła komuś dokuczyć.
Najprawdziwsze kły.
pracować w nieistniejącej już dzisiaj restauracji
- Tak, oczywiście. Mam zaprojektować dla ciebie kostium
Jezu, stawiał jeszcze jakieś warunki.
prostu nie mają żadnego punktu zaczepienia.

©2019 invidiam.ten-koszula.jaworzno.pl - Split Template by One Page Love